Udostępnij

Ten pierwszy raz jest zawsze najbardziej intensywny emocjonujący. Przed, w trakcie oraz po wydarzeniu, na które zazwyczaj czekamy całe życie. Nie inaczej ma się sprawa jeśli chodzi o zimowe biwakowanie, gdzieś tam wysoko w górach, tudzież trochę niżej głęboko w lasach. Poprosiliśmy Piotra Śnigórskiego oraz Marię Strzelską, zapalonych freeriderów-podróżników, by opisali swój dziewiczy biwak, który odbyli jakiś miesiąc temu w naszych polskich Tatrach.

Zapraszamy do lektury!

Tekst i zdjęcia: Piotr Śnigórski | Maria Strzelska

 

Chęć na zimowy biwak mieliśmy od dawna, były nawet nieśmiałe próby podejścia do tematu, ale naszych zamierzeń z różnych względów nie udawało się zrealizować. Dlatego, gdy pewnej środy Mery (Maria Strzelska) zaproponowała taki wyjazd, nie zastanawiałem się ani sekundy. Decyzja zapadła, rozpoczyna się doskonale znajomy i oczekiwany z utęsknieniem proces towarzyszący każdemu wypadowi w Tatry – niecierpliwość, rosnące podniecenie, przygotowanie sprzętu, pakowanie, ostatnie szybkie zakupy. Jeszcze tylko niepokój, czy uda się załatwić w pracy wcześniejsze wyjście i nareszcie następuje ta chwila, gdy spóźniony biegnę na autobus, dźwigając cięższy niż zwykle plecak i całą resztę freeride’owego dobytku.

Wczesnym piątkowym popołudniem jestem już na budzącym u mnie najlepsze skojarzenia wśród polskich dworców, zakopiańskim PKSie. Mojej rudowłosej towarzyszki nie muszę długo szukać, od razu po wejściu do budynku w oczy rzuca się spory plecak i znajome szerokie narty. Niecałą godzinę później stoimy już u wylotu doliny. Ostatni przepak, zmiana butów na narciarskie, zakładanie fok i ruszamy. Niebo ma tą typową, zimową szarość, wieje niezbyt silny, ale zimny wiatr. Z powodu późnej pory turystów już niewielu i wszyscy zmierzają w przeciwną niż my stronę.

Zmrok zapada szybko, więc decydujemy się na biwak w najbliższym dogodnym miejscu. Oddalamy się od głównego szlaku i podchodzimy niestromym zboczem, by w końcu znaleźć wystarczająco płaskie, równe miejsce. Mimo, że w okół śniegu niewiele, kiedy przychodzi do rozbicia namiotu okazuje się on nad wyraz miękki i głęboki. Namiot też nie współpracuje, brak obrazkowej instrukcji obsługi daje się nam we znaki. Nie poddajemy się jednak łatwo i już po chwili (dłuższej) siedzimy w jego przytulnym wnętrzu. Wnętrze staje się jeszcze przytulniejsze, gdy owijamy się śpiworami, a do brzuchów spływają chińskie zupki wzbogacone tatrzańskimi artefaktami pochodzącymi ze stopionego śniegu. Botki i rękawice lądują razem z nami w śpiworach, kurtki i spodnie pod nimi. Wieczór upływa w zimowy, leniwy sposób.

Próbujemy określić plany na następny dzień, ale po chwili zarzucamy ten pomysł, po co się ograniczać, zrobimy to, na co będziemy mieli ochotę. Nastawiając się na ekstremalną przygodę, jestem zdziwiony tym, jak wygodnie i komfortowo się czuję. Noc upływa spokojnie, mimo niewielkiej ilości snu i modlitwy, by pęcherz współpracował do samego rana, bo wizja opuszczenia śpiwora i namiotu jest wyjątkowo odpychająca. Wiadomo, że nad ranem śpi się najlepiej, dlatego ciężko jest opuścić ciepły i miękki śpiwór.

Piękna pogoda o poranku wynagradza jednak ten wysiłek. Znów topienie śniegu, ciepłe jedzenie, herbata do termosów, pakowanie, zwijanie namiotu i jesteśmy gotowi. Tylko plecak jakby jeszcze cięższy.

Pierwszy zjazd tej wycieczki. Bardzo słaby, krótki, wzdłuż szlaku, śniegu co kot napłakał, plecak ściąga do tyłu, czuję się jak paralityk nie umiejący jeździć. Ale na twarzy i tak obecny banan. Ruszamy w dalszą drogę wzdłuż doliny. Wycieczka zdecydowanie bardziej ski-tourowa niż freeride’owa, ale nie przeszkadza nam to. Postanawiamy pozwolić sobie na nieco luksusu i decydujemy się na odwiedziny schroniska.

„To właśnie jest najpiękniejsze w takich wyjazdach – zwykła kanapka czy zupka chińska smakuje jak najsmaczniejsze danie, a umycie zębów to luksus.”

To właśnie jest najpiękniejsze w takich wyjazdach – zwykła kanapka czy zupka chińska smakuje jak najsmaczniejsze danie, a umycie zębów to luksus. Kiedy już zaspokoiliśmy nasze wyszukane potrzeby, a szron zniknął z aparatów, ruszamy dalej. Przy schronisku i turystach szybko, z animuszem, dla efektu, dalej nieco wolniej. Stopniowo pniemy się coraz wyżej, ku przełęczy.

 

„Ta noc zostanie we mnie do końca życia,”

 

Obojgu doskwiera brak kondycji, w głowach mamy jeszcze poprzednią wiosnę, kiedy podejścia nie sprawiały takiego problemu, niestety mięśnie i płuca tego nie pamiętają i nie chcą współpracować. Na przełęcz docieramy zdrowo zmęczeni, jednak chwila odpoczynku, czekolada i ciepła herbata niwelują znużenie. Myślimy o zostawieniu rzeczy i „na lekko” zjechaniu z pobliskiego szczytu, jednak już na pierwszy rzut oka widać, że śniegu jest zwyczajnie za mało, by miało to sens.

Zamiast tego znajdujemy wygodne miejsce na biwak. Znów kopanie, po nim znacznie szybsze i sprawniejsze niż poprzednio rozkładanie namiotu. Ten wieczór jest znacznie zimniejszy, kilkanaście stopni poniżej zera można łatwo odczuć, zdejmując na chwilę rękawice. Siedząc już w naszym „schronieniu” czujemy lekki niedosyt. Znużenie, bólem przypominające o swojej burzliwej przeszłości kolana, słabe warunki do zjazdów, czegoś brakuje..?! Jednak coś tam jest, czeka na nas na zewnątrz, poza namiotem.

 

Ta noc jest magiczna, księżyc nigdy nie świecił tak jasno, a śnieg nigdy nie skrzył się tak mocno. Przestaje mieć znaczenie, że jest go żałośnie mało i nie da się z niczego w przyzwoitym stylu zjechać, że plecak jest tak ciężki i targanie całego sprzętu pod górę stawia na granicy zawału serca. Momentalnie przestaję żałować, że po raz kolejny niosłem ze sobą ważący kilka kilogramów statyw, najczęściej bezużyteczny, bo tym razem okazuje się bezcenny.

Ta noc zostanie we mnie do końca życia i myślę, że taki właśnie jest sens podobnych wypraw. Nie ma w tym żadnych dramatów, adrenaliny, głębokiego puchu, czy przekraczania własnych możliwości. Jest za to zdrowe zmęczenie, kontakt z górami, z przyrodą, z czymś nieokreślonym, co przepełnia zachwytem, cudowny czas spędzony z najlepszą przyjaciółką, punkt w czasoprzestrzeni, w którym nie chcesz znajdować się nigdzie indziej. Wszystkie niedogodności nagle znikają, zimno, wszechobecna wilgoć, odciski na piętach… Czysta magia tatrzańskiej nocy.

Następnego dnia pobudka jest jeszcze trudniejsza, na szczęście czeka nas już tylko zjazd. Pokraczny, bo na zmęczonych nogach i z całym majdanem na plecach, ale i tak dający przyjemność. Słońce przyjemnie grzeje, przykro się żegnać z górami. Co krok odnajdujemy genialne miejscówki do zjazdów, wymagające jednak większej ilości śniegu. Czy czujemy z tego powodu niedosyt? Trochę tak. Ale odczuwamy też głęboką satysfakcję i radość, którą mogą dać tylko góry i czas w nich spędzony.

Na samym końcu jeszcze miły akcent w postaci rozmowy z fascynatem fotografii otworkowej i już siedzimy w autobusie, w drodze do Krakowa i do codzienności. Codzienności, od której na szczęście można się oderwać w tak piękny, dotykający najgłębszych i najbardziej podstawowych potrzeb sposób.

 

Tekst i zdjęcia: Piotr Śnigórski | Maria Strzelska