Udostępnij

Góra Kazbek jest jednym z najwyższych szczytów Kaukazu. Mierzy 5033.8 m n.p.m. i podobnie jak Elbrus (5642 m n.p.m.) oraz Tebulosmta (4492 m n.p.m.) leży w paśmie bocznym Wielkiego Kaukazu. Drzemiący wulkan, który swoją ostatnią erupcję zanotował ponad 6 tysięcy lat temu do dziś aktywnie zionie gorącymi, siarczanymi gazami, które przypuszczalnie doprowadziły do zerwania się lodowca Kołka w 2002 roku. Pod koniec kwietnia biegłego roku stał się on również miejscem akcji wyprawy skiturowej zorganizowanej przez trzech przyjaciół – Jacka, Andrzeja i Wojtka. Dzięki uprzejmości tego ostatniego mamy okazję zaprezentować tą emocjonującą historię szerszej publice. Jako redakcja serdecznie dziękujemy za tą wyjątkową możliwość i zachęcamy do zaznajomienia się z tą fantastyczną lekturą.

 

 

Nasz wiosenny plan skitourowy zapowiadał się bardzo fajnie – objazdówka po Norwegii, fiordy, zjazdy dziewiczymi zboczami. Wszystko było już wstępnie zaplanowane, musieliśmy tylko dograć szczegóły. Podczas jednego z pierwszych spotkań z Jackiem i Andrzejem plan uległ znacznej modyfikacji. Andrzej jak zawsze konkretnie i bezpośrednio stwierdził, że jeździć po jakiś tam fiordach możemy na emeryturze. Teraz trzeba zrobić coś konkretnego! Zapadła decyzja, że wracamy na Kaukaz. Chłopaki mieli do wyrównania porachunki z jednym z kaukaskich pięciotysięczników, na który prawie im się udało wejść 2 lata wcześniej, a mianowicie górą Kazbek. W tym kontekście słowo „prawie”  jest kluczowe. Niestety są rzeczy, na które nawet przy najlepszym zaplanowaniu nie mamy wpływu, a które determinują wszystkie nasze plany i oczekiwania. Zwłaszcza w górach. Pogoda, bo o niej mowa, nie pozwoliła chłopakom wyjść na szczyt. Mniej więcej w okolicach 4900 m n.p.m. załamała się tak skutecznie, że zmuszeni byli zjeżdżać do bazy. Zabrakło im naprawdę niewiele. Długo się nie zastanawialiśmy – każdemu pomysł przypadł do gustu. Osobiście nie uczestniczyłem w tamtej wyprawie, aczkolwiek paradoksalnie tylko i wyłącznie na tym skorzystałem, gdyż zostałem zaproszony do ekipy ludzi, którzy doskonale znali już realia gruzińsko –kaukaskie, byli na miejscu i wiedzieli, na jakie trudności można natrafić. Pod tym względem było o wiele prościej niż podczas ich pierwszej wyprawy, bo szlaki mieliśmy przetarte. Niemniej nie obyło się bez niespodzianek, ale o tym później.

 

Szybko zarezerwowaliśmy bilety, by nie narażać się na niepotrzebne zastanawianie się i myśli typu: „ czy to, aby na pewno dobry pomysł, a może jednak nie ma sensu pchać się z nartami na 5tyś, może jednak coś bardziej cywilizowanego?”. Nie było już odwrotu – wylatujemy 20 kwietnia, powrót 5 maja. Postanowione! Czas zająć się przygotowaniami.

Trochę czasu zajęło nam skompletowanie sprzętu. Wielką zagadką dla mnie i ewentualnym problemem dla całej ekipy mógł być stan mojego kręgosłupa. Lata chodzenia i jazdy na rowerze po górach, jazdy na rolkach, a zwłaszcza gry w squash’a pozostawiły trwałe ślady. Dyskopatia jest czasem na tyle upierdliwa, że skutecznie łamie człowieka w pół, unieruchamiając na kilka dni lub tygodni. Nie ma mowy o normalnym poruszaniu się nawet po mieszkaniu nie mówiąc o chodzeniu z ciężkim plecakiem po wysokich górach, czy jeździe na nartach z tymże na plecach. Niewykonalne. Trzeba było coś z tym zrobić. Moją decyzję o dołączeniu do wyprawy poprzedził ponowny rezonans, wizyta u neurologa, który oczywiście słysząc, co zamierzam zrobić z takim kręgosłupem wymownie popukał się w czoło. Postanowiłem jechać, decydując się intensywną rehabilitacje. Ryzykowne posunięcie, ale pomogło.

Czas mijał nieubłaganie, my korzystaliśmy z każdej okazji to trenowania  Nic szczególnego – ogólnorozwojowe rzeczy i to głównie w górach. Test sprzętu na zimowym biwaku w Beskidach skutecznie obnażył moje braki ekwipunkowe. Na szczęście były to drobnostki, które szybko uzupełniłem.

 

„Gruzja okazuje się na tyle popularnym kierunkiem lotów, że nasze linie lotnicze sprzedały za dużo biletów na nasze połączenie. Proponowano nam przed samym odlotem, żebyśmy jednak zrezygnowali?!”

 

 

 

Wylot mamy z Warszawy, więc pakujemy się do auta Andrzeja i w drogę. Trochę czasu zajęło nam dostanie się na lotnisko. Auto zostawiliśmy pod firmą Andrzeja, transport na lotnisko taxi bagażową, bo do osobowej taksówki się nie zmieściły wszystkie nasze rzeczy. Gruzja okazuje się na tyle popularnym kierunkiem lotów, że nasze linie lotnicze sprzedały za dużo biletów na nasze połączenie. Proponowano nam przed samym odlotem, żebyśmy jednak zrezygnowali. Z głośników na lotnisku usłyszeliśmy komunikat dotyczący naszego połączenia: „LOT nie jest w stanie zapewnić serwisu dla wszystkich pasażerów, którzy zakupili bilet”. Na szczęście udało nam się bez problemów wejść na pokład.

Pierwsze wrażenia po przylocie fantastyczne. Lubię tego typu wschodni klimat. Tbilisi jest pięknym miastem. Ciasne uliczki, klimatyczne knajpki, sklepiki i piekarnie, stare, zrujnowane budynki kontrastujące z nowoczesną architekturą, walka przy próbie przejścia na drugą stronę jezdni, gdzie pasy dla pieszych wcale nie są wyznacznikiem bezpieczeństwa w ruchu drogowym. Jakież było moje zdziwienie, gdzie w stolicy cywilizowanego kraju nikt, kompletnie nikt nie zwraca żadnej uwagi na turystów przechodzących w centrum miasta, przez bardzo ruchliwą ulicę i na dodatek z otwartą puszką piwa w ręku. Nawet stojący obok w radiowozie policjanci uśmiechają się mile i nie zwracają na to kompletnie uwagi. W ogóle policjanci tam nie czepiają się drobnostek.

Przykład: 7 rano, my upchani jak sardynki w starym Oplu Vectra (nawet nie kombi) z naszymi wszystkimi bagażami jedziemy na dworzec, klapa od bagażnika otwarta, ja trzymam ręką nasze plecaki w obawie, że zaraz wylądują na ulicy. Wnet na światłach podjeżdża policja (jak zawsze w Gruzji poruszają się na światłach i głośno pokrzykują przez megafony). Zagadali coś do kierowcy, Andrzej nie wiedząc co zrobić pokazał im uniesiony kciuk, wymownie dając do zrozumienia, że „Jest super!”. Popatrzyli i odjechali. Nawet nie chce myśleć, jakim mandatem skończyłby się ten incydent w naszym kraju.

 

 

W Tbilisi byliśmy w niedzielę 21 kwietnia – mieliśmy kupić mapy i gaz do jednego z palników. Gazu samolotem nie można wozić, należy się w niego zaopatrzyć na miejscu. Niestety, nawet w stolicy Gruzji nie ma sklepu, w którym można dostać  kartusz?! Chodziło o konkretny typ butli. Potrzebowaliśmy wkręcanej. Po 2 dniach bezowocnych poszukiwań poddaliśmy się i kupiliśmy drugiego MSR’a na paliwo – kolejne, nieplanowane 500zl, ale nie mogliśmy iść z jednym palnikiem! Z mapami na szczęście nie było takich problemów.

Wtorek (23 kwietnia). Z samego rana jedziemy do Kazbegi lub jak kto woli Stepastminda, czyli wioski przy granicy z Rosją, w sercu wielkiego Kaukazu, nad którą góruje nasz cel – Kazbek! O taxi już wspominałem – wesoło było. Dworzec też trochę odbiega od europejskich, cywilizowanych standardów, chociaż według mnie w Krakowie jeszcze kilka lat temu na Głównym Dworcu Autobusowym było prawie tak samo. No może z ta różnicą, że na pojazdach dało się odczytać nazwę miejsca docelowego. Gruzińskich mróweczek (alfabet, totalnie niezrozumiały, przypominający małe robaczki) nie sposób zrozumieć. Każda marszrutka, czyli lokalne busy, wygląda podobnie. Tu doświadczenie sprzed 2 lat się przydało. Chłopaki szybko znaleźli właściwe miejsce i pozostało jedynie czekać do godz. 9 na odjazd. Bus zapakowany po brzegi, częściowo turystami z Polski. Mało komfortowo podróżuje się  z wielkim pokrowcem na narty między nogami, ale nigdzie indziej się nie zmieścił.

 

 

Do Gudauri, największego ośrodka narciarskiego w Gruzji, jechało się  miło i przyjemnie. Później zaczęło się robić zdecydowanie ciekawiej! Gruzińska droga wojenna, po której się poruszaliśmy to dziura na dziurze, błoto, wyprzedzające się na 3-go auta wszelkich rozmiarów od osobówek, przez buzy po TIR-y. Wyprzedzanie odbywa się  niezależnie od przepisów ruchu drogowego, a zależnie od tego, gdzie akurat jest wolne miejsce. Nie ma znaczenia czy z prawej, czy z lewej. Mieliśmy tyle szczęścia, że kierowca naszej marszrutki był mistrzem w poruszaniu się w tych warunkach. Takiej jazdy chyba nigdy nie widziałem. Po 3,5h byliśmy na miejscu. Planowo podróż miała trwać 4,5 godziny, a mieliśmy jeszcze 15minutowy postój spowodowany korkiem przy jednym z tuneli.

 

 

 

„Vasili czekał już na placu głównym w Kazbegi. Nie byliśmy z nim umówieni, ale chłopaki spali u niego 2 lata wcześniej, i mieliśmy nadzieję, że spotkamy tego niewysokiego, obrotnego Rosjanina. Tak tez się stało i zanim zdążyłem się zorientować już piliśmy powitalną czaczę w jego w domu.”

 

 

 

 

Dostaliśmy pokój w wersji prawie „lux”. Odwiedziliśmy stację benzynową, po zapas paliwa do kuchenek i knajpę z  sympatycznym kelnerem Rudolfem. Pogoda nie była najlepsza, chociaż czasami przez chmury widać było nasz cel. Majestat Kazbeku widoczny z dołu robi niesamowite wrażenie. Kontrastuje swoim pięknem z brudem i dziadostwem otaczających nas zabudowań, wśród których przechadzają się w mieszanych stadach dzikie psy, świnie i krów. Jeszcze w wiosce udało nam się  opłacić pobyt w Meteostacji. Jest to dawna opuszczona, rosyjska baza metorologiczna, zwana też przez miejscowych Bethlemi Hut. Położona jest na 3653 m n.p.m. i  miała być naszym domem na kolejne kilka dni i bazą wypadową w drodze na szczyt.

Naszym największym zmartwieniem była pogoda. Tego przewidzieć się nie da, zwłaszcza, jak planujesz coś 6 miesięcy wcześniej, rezerwujesz urlop, wszystko podporządkowujesz danemu terminowi. Od 2 miesięcy śledziłem prognozy pogody dla tego regionu i praktycznie non stop pokazywały piękną pogodę  z niewielkimi opadami śniegu może 1-2razy w tygodniu. Idealnie. Obawiałem się, że taki stan nie będzie trwał w nieskończoność i miałem racje Ok. 1,5 tygodnia przed terminem wylotu pogoda załamała się – mróz, wiatr i śnieg. Taki stan utrzymywał się do dnia wylotu. Co więcej,  prognozy nie dawały szans na zmianę. Trochę mnie to podłamywało, ale wpływu na to żadnego nie mamy. Co będzie to będzie.

Kazbegi przywitała nas chłodem i opadami śniegu. Niewielkie przejaśnienia i widok na szczyt, który momentami mieliśmy z wioski dawał nadzieję. Nastał ten moment, na który czekaliśmy i po który tu przyjechaliśmy – zaczynamy właściwa akcję górską!

Vasili za „drobną” opłatą wywiózł nas swoja niezawodna Ładą Niva na wysokość ok 2200 m n.p.m. w pobliże klasztoru Tsminda Sameba. Stamtąd zaczynamy marsz. Szybkie przepakowanie, bo stan pokrywy śnieżnej w tym miejscu nie daje szans na założenie nart na nogi. Początek pokonamy z nartami na plecach. Dwie osoby pomagają jednej założyć plecak, bo samemu ciężko go nawet podnieść z ziemi. Dobrze umiejscowiony na plecach można  już nosić  i nawet poruszać się pod górę. Bagaż każdego z nas wygląda i waży podobnie. Do głównego plecaka transportowego przyczepiony jest mniejszy plecak typu ABS i przytroczone narty. Waga mniej więcej 35-40 kg (w zależności czy narty są na plecach czy na nogach) skutecznie daje w d…!

 

 

Co kilka kroków robimy przerwę, opieramy się na kijach klatką piersiową żeby, chociaż na moment dać odpocząć plecom i stawom biodrowym. Mozolnie gramolimy się krok za krokiem. Po ok 1,5 godzinie możemy założyć narty. Robimy to w miejscu biwakowania ok. dziesięcioosobowej grupy Rosjan. Ucieszyło nas, że idą do góry – nie będziemy sami. Nie będziemy musieli torować w śniegu, nie będziemy musieli iść na GPS, bo pewnie oni są doświadczeni, wiedzą gdzie idą, może to ich nie pierwszy raz tutaj. Oj bardzo się pomyliliśmy, o czym opowiem za chwile. W tym miejscu dołączył tez do nas…pies! Bardzo wesoła psina, która wyglądała trochę jak miniaturka rudego husky. Wtedy nie mieliśmy pojęcia, że będzie ona z nami  przez blisko tydzień. Poczciwa Sabaka (takie imię dostała) towarzyszyła nam na wyjściach aklimatyzacyjnych, w Meteostacji, a przy zejściu ze szczytu czekała na nas pod przełęczą na wysokości ok. 4500m n.p.m. i zbiegła za nami do bazy. Niesamowite zwierzę!

Narty na nogach spowodowały  wyraźnie odczuwalną różnica w wadze na plecach. Świerzy śnieg lepi się strasznie do fok, co skutecznie utrudnia  wędrówkę, dokładając dodatkowe obciążenie na nogach. Im wyżej tym lepiej,  sytuacja zaczyna się stabilizować, pogoda wprost przeciwnie. Wychodząc widzieliśmy przejaśnienia, fajne widoki w dole, klasztor, wieś skąpana w chmurach. Po kilku godzinach zachmurzenie i opady, które ograniczały już widoczność do kilkudziesięciu, momentami kilkunastu metrów. Śnieg sypie coraz mocniej, a my jesteśmy przy charakterystycznym punkcie – kapliczka, przed dość długim trawersem jednego ze zboczy. Andrzej chce próbować dojść do Meteoostacji w jeden dzień. Ja  patrzę na ten pomysł sceptycznie. Podsumowuje  fakty: zero aklimatyzacji, pogoda podła, na plecach dużo kilogramów, do pokonania jeszcze minimum drugie tyle, co przeszliśmy oraz przejście przez lodowiec. Jeśli nie zdecydujemy się iść dalej, to tutaj mamy idealne miejsce na namiot. Jest przygotowana przez wcześniejsze ekipy platforma i mniej więcej połowa drogi za nami.  Jest dopiero godzina 14 więc po krótkiej naradzie podejmujemy wspólnie decyzję. Próbujemy iść do Meteostacji!

 

 

Trawers pokonujemy sprawnie i szybko. Zwłaszcza ja, największy cykor z ekipy, bałem się tego miejsca. Ponoć nie jest on lawiniasty, ale jednak przymocowałem rączkę od ABS do plecaka, przypiętego na dużym plecaku tak, żeby mieć do niej dostęp. Wiem, trochę to głupie, ale jakoś lepiej się tak czułem. Przeszliśmy bez najmniejszego kłopotu. Przed oczami cały czas widzieliśmy Rosjan i szliśmy po ich śladach. Chwilę za trawersem doszliśmy na przełęcz, gdzie za moją namową postanowiliśmy zostać na noc. Bałem się o kręgosłup – zacząłem odczuwać trudy kilkugodzinnego dźwigania ciężaru na plecach. Zapadła decyzja, że zostajemy tutaj na noc. Po godzinie dołącza do nas 10cioosobowa grupa tym razem z Ukrainy, pytają czy mogą obok rozbić namioty. W sumie razem z naszym utworzyliśmy wioskę składającą się z pięciu namiotów. Rosjanie dawno zniknęli nam z oczu i byliśmy przekonani, że dojdą w jeden dzień do meteo. Namiot stanął po kilkudziesięciu minutach, śnieg roztopiony, kolacja w postaci liofów zjedzona, a tu dopiero 17 czy 18. Pogoda coraz gorsza. Prognozy mówiły, że w nocy spadnie do 2cm śniegu. Ładujemy się do namiotu, czas do zmroku upływa na rozmowach, robi się sennie i błogo w ciepłych śpiworkach.

 

 

 

Dwa centymetry świeżego opadu? Naprawdę nie wiem jak te prognozy są robione. Obudziliśmy się zasypani śniegiem. Spadło przez noc 20-30cm i ciągle sypało. Spakowaliśmy się dużo szybciej niż Ukraińcy, szybkie śniadanie i w górę. Sabaka cały czas obok – spała chyba z Ukraińcami w namiocie. Prognozy mówią o stosunkowo niewielkim wietrze ok 20-30km/h i niewielkich opadach. Akurat! Ten dzień zapamiętam do końca życia, gdyż otrzymałem niesamowitą lekcje pokory. Z każdą chwilą wiatr się wzmagał. Nie było to nic miłego, bo w podmuchach potrafił przewrócić człowieka, jeśli w porę nie skuliłeś się i nie przeczekałeś oparty na kijach. Do tego dochodził prawie całkowity brak widoczności. Na szczęście szliśmy po jakiś śladach, które praktycznie były już niewidoczne. Ale przy tym opadzie każde ślady znikały w mgnieniu oka, więc wiedzieliśmy, że to Rosjanie, że jednak biwakowali i idą przed nami. To była dobra wiadomość, bo szliśmy po ich śladach, bez GPS, na którym tylko, co jakiś czas sprawdzaliśmy, czy nasz kierunek mniej więcej pokrywa się z trackiem. Wtedy wydawało nam się, że to dobry pomysł. Było nieźle! Dochodzimy do moreny lodowca i tutaj następuje weryfikacja naszych wyobrażeń o Rosjanach i naszej decyzji o podążaniu po ich śladach. Ekipa już zaczynała się okopywać, szykując kolejny biwak, bo wiedzieli, że w taką pogodę nie dojdą do Meteostacji. Nie mieli GPS i nie chcieli wchodzić przy tej pogodzie na lodowiec, nie widząc właściwie drogi, po której idą i celu, do którego zmierzają, postanowili nie ryzykować. Słuszna decyzja. My mieliśmy GPS, więc tym razem to Rosjanie szli po naszych śladach.. Lina poszła w ruch i wchodzimy na lodowiec. Cała banda Rosjan krok w krok za nami. Niestety, przez naszą wcześniejszą decyzję o poruszaniu się po śladach Rosjan jesteśmy poza trackiem. Właściwa trasa podejścia wg GPS została w tyle jakieś 500m. Nie chcieliśmy się wracać, ale nie wiedzieliśmy, czy droga przez lodowiec w tym miejscu jest bezpieczna. Wracać na traka czy iść dalej? Idziemy! Jacek pierwszy z GPS w łapie. Nagłe przejaśnienie na kilkanaście sekund pokazuje cel, widać Meteostację! To już na wyciągnięcie ręki. Tylko lodowiec, za nim ostatnia ściana i koniec! Nie będzie wiało, nie będzie sypało, można będzie ściągnąć ten ciężar! Idziemy czujnie, krok za krokiem. Przeszliśmy! Dopiero następnego ranka okazało się, jak blisko szczelin byliśmy, przechodząc właściwie miedzy nimi. Pokazywał to wyraźny ślad nart, który  pozostał na śniegu. Rozwiązujemy się, teraz najstromszy odcinek. Andrzejowi puściły mocowania w małym plecaku, klnie pod nosem strasznie, bo już prawie jesteśmy na miejscu . Niestety  tutaj okazuje się, że narty ponownie wędrują na plecy. Po 2 dniach noszenia ciężkiego plecaka dokładamy jeszcze trochę kilogramów. Dodatkowo przytroczone narty działają jak żagiel na tym cholernym wietrze. Przekonał się o tym Andrzej, którego skutecznie 2 czy 3 razy obiło o skały podczas podmuchów. Krok za krokiem robimy już siłą woli i wreszcie jest, doszliśmy! Ale miło! Cisza i spokój. Na tym ostatnim odcinku dogonili nas Ukraińcy, zaraz za nami doszli Rosjanie, na miejscu była ekipa czterech Turków. W sumie ok 30 osób!? Co jest grane? Przecież ostatnio 2 lata temu chłopaki byli tu sami przez tydzień! No trudno, im więcej, tym weselej!

 

 

Kolejne dni to odpoczynek i aklimatyzacja. Leniwe godziny spędzone w bazie w oczekiwaniu na lepszą pogodę.

Pierwsze wyjście aklimatyzacyjne było najciekawsze. Powiedziałem sobie, że po tych 2 dniach podejścia kolejnego dnia nigdzie nie idę. Jednak pogoda się poprawiła, wyszło słonko, więc jednak idziemy na aklimatyzację już pierwszego dnia na 4000m n.p.m. Poszliśmy w stronę południowo-wschodniej ściany, którą Andrzej planował zjechać, jeszcze podczas tej wyprawy, po osiągnięciu celu minimum, czyli wyjściu i zjazdu ze szczytu droga klasyczną. Ściana ta i podejście pod nią na zdjęciach wygląda bardzo niewinnie. Obraz widziany na żywo, jak to często bywa, jest trochę inny. Półtorej kilometra ściany o stałym nachyleniu dochodzącym do 50 stopni, pokryte w dużej części lodem, robi duże wrażenie. Doszliśmy na 3930m n.p.m., gdy znów „zakiblowało się” totalnie. Krótka wymiana zdań – idziemy do 4000m n.p.m., mimo że nie widać czy dalej droga prowadzi w górę, czy w dół, totalne mleko, wszystko zlało się w jedną, białą przestrzeń, śnieg i chmury. Andrzej pierwszy, ja za nim w odstępach, czujnie, strasznie niepewny lawinowo śnieg. Nagle tąpnięcie, huk! Na szczęście nic nie wyjechało, to tylko osiadł śnieg na zboczu, ale skutecznie nas przestraszył. Wtedy doszliśmy do małej, prawosławnej kapliczki, położonej na ok 3900m n.p.m. To metalowy wagonik kolejki górskiej, zaadoptowany na kapliczkę.

 

 

 

 

Pogoda się poprawiała, prognozy mówiły, że najlepsza prognoza będzie w niedzielę, chociaż już sobota dawała nadzieję na podjęcie próby ataku. Decyzja jest prosta. Mianowicie wstajemy o wschodzie słońca w sobotę i jeśli jest dobra pogoda to idziemy, jeśli nie – atakujemy w niedzielę. Wieczorem w piątek wszystko przygotowane. Sobota o świcie poszedłem sprawdzić jak jest na zewnątrz. Widok odebrał mi mowę. A może to wiatr mi ją odebrał? Sam już nie wiem, bo znowu wiało jak cholera, ale wschód słońca był cudowny. W dole gęste chmury u podstawy kaukaskich szczytów, doskonale widocznych na tle bezchmurnego nieba, nade mną, bez ani jednej chmurki, przepięknie! Zdjęcia wyszły całkiem fajnie i już w ogóle nie żałowałem tego, że to właśnie ja sprawdzałem pogodę. Z uwagi na wiatr zdecydowaliśmy się poczekać jeszcze jeden dzień. Tego dnia szczyt zdobyła ta zaznajomiona grupa Rosjan i skitourowo trzech Turków. Dostaliśmy od nich garść przydatnych informacji o warunkach na górze, czasie wejścia i zjazdu. Jutro nasza kolej!

 

 

Trzecia rano, pobudka! I tak poł nocy nie spałem, sam nie wiem czy przez chrapanie Jacka, czy przez ogólne podniecenie tym, co miało nastąpić. Pewnie to drugie, bo przed Jackiem chroniły mnie stopery w uszach. Niestety Ukraińców nie chroniły i tej nocy spali już w namiotach pod przełęczą na ok 4500m n.p.m. Nie wiem, czy to przez Jacka, ale postanowili wynieść się z naszego pokoju A tak poważnie, to chcieli mieć lepszy start i aklimatyzację, dlatego spali pod przełęczą.  Była to jedna z opcji, którą  my również rozważaliśmy, ale ostatecznie zdecydowaliśmy, że wyjdziemy z Meteostacji.

 

„Trawersujemy go od północnej strony. Wysokość daje się we znaki, zaczyna boleć głowa. Trawers wydaje się nie mieć końca.”

 

Wychodzimy o 4:30. Wcześniej topienie śniegu, śniadanie, kilka żeli energetycznych w kieszeń, plecaki na plecy, narty na nogi i w górę. Szybko nabieramy wysokości, po 2  godzinach jesteśmy już prawie na 4tys. Wschód słońca miażdży, ponownie!

Pogoda jest wymarzona, zero wiatru, w miarę ciepło, czyste niebo. Dochodzimy do lodowca – czas się związać. Linę miałem w plecaku, więc od razu trochę przyjemniej się zrobiło po odjęciu kilograma. Pod przełęczą na ok 4500m n.p.m. dochodzimy do Ukraińców, którzy właśnie startują na szczyt. Jest ich trochę więcej niż nas, dlatego idą wolniej, szybko ich wyprzedzamy. Przełęcz! Widać już doskonale Zachodni Wierzchołek, na który chłopaki wyszli 2 lata temu.

Trawersujemy go od północnej strony. Wysokość daje się we znaki, zaczyna boleć głowa. Trawers wydaje się nie mieć końca.

Dochodzimy do miejsca, gdzie trzeba zdjąć narty, widać już szczyt, nad nami nawis, w którym widać wyraźne przejście, jakieś 200m nad nami – tam się kierujemy. Przejście nawisu nie było zbyt skomplikowane, ale wymagało asekuracji. Pojedynczo docieramy na przełęcz między wierzchołkami i  tutaj zostawiamy narty. Wysokość około 4900 n.p.m.

Ostatnia 150m ściana nie jest super terenem narciarskim. Ja odpuszczam, Jacek też. Czysty  lód o nachyleniu w najstromszym miejscu dochodzącym do 50′ stopni pomógł tez Andrzejowi w decyzji o pozostawieniu nart w tym miejscu. Przypuszczam, że może trochę z uwagi na nas, bo jako najbardziej doświadczony wspinaczkowo członek ekipy chciał nas bezpiecznie wyprowadzić na górę i potem bezpiecznie z tego lodowego kolosa sprowadzić. Zrobił to idealnie!

 

 

Kilkadziesiąt minut od wyruszenia z przełęczy Andrzej, jako pierwszy z nas stanął na szczycie. Kilka sekund później dołączyliśmy do niego. Coś niesamowitego, nie da się tego opisać, więc nawet nie próbuje. Zdjęcia i filmy nie oddają tego, co czułem. Pól roku planów i przygotowań, nieudana próba wejścia sprzed 2 lat, która jak drzazga tkwi gdzieś w chłopakach, którą ja również mam cały czas gdzieś z tyłu głowy, tyle wyrzeczeń, treningów, godzin spędzonych w górach, na sali rehabilitacyjnej, na turach, biegach, tylko dla tej jednej chwili! Nareszcie! Jesteśmy na 5tysiącach! Cały świat pod nami. Zrobiliśmy to, co nam się śniło po nocach, co  sobie wymarzyliśmy. Udało się!

 

 

Dobra, ale nie czas na sentymenty. Robimy kilka zdjęć, flaga, telefon satelitarny i rozmowy z żonami Krysią, Agą i Agą (nie wiem jak one to wszystko wytrzymują – podziwiam!). Czas iść na dół, zaraz tu będzie ciaśniej, Ukraińcy już dochodzą. Na dół znowu z asekuracją, znowu Andrzej prowadzi – chłop ma pojęcie o tym, co robi. Najstromsze  odcinki pokonujemy praktycznie na czworakach, tyłem  na przednich zębach raków z dziabą w ręce. Niżej już jest lepiej i dość prędko docieramy do przełęczy gdzie zostawiliśmy narty. Adrenalina opada, coraz dotkliwszy jest ból głowy. Postanawiamy jak najszybciej tracić wysokość. Świetna widoczność i widoczne ślady poprzedników powodują, że nie wiążemy się liną na lodowcu.  Chcemy mieć trochę przyjemności z jazdy, jak już doszliśmy z nartami na te 5 tysięcy metrów!

Pod serakiem czujnie, potem pełna zabawa. 108mm pod butem Andrzeja dopiero teraz pokazuje, na co je stać. Widać jak na dłoni, kto ma tu teraz największą radochę z jazdy w puchu. 108mm pod butem w jego K2 teraz dopiero w pełni się przydaje. Przepiękna jazda po lodowcu!

 

 

 

Co chwile zatrzymujemy się na pamiątkowe zdjęcia, ale mimo to bardzo szybko docieramy do przełęczy, gdzie jeszcze stoją namioty Ukraińców. No i oczywiście czeka na nas Sabaka! Wyleguje się w słońcu na wysokości 4500m n.p.m. Tu jest już jak w piekarniku! Zero wiatru, słońce praży niesamowicie, a nas na szczęście już prawie przestają boleć głowy. Z tego miejsca droga do Meteostacji jest już bardzo przyjemna i spokojna, mimo początkowej jazdy po lodowcu, gdzie kilka razy pod nartami mignęła mi jakaś szczelina. Trzymamy się starych śladów, więc nie ma mowy o większym zagrożeniu. Piesek biegnie za nami, czekamy na nią, co kilkaset metrów. Nawet nie ma zadyszki po dobiegnięciu do nas, to już my ciężej oddychamy po kilku skrętach. Ok godz. 15 nieśpiesznie docieramy do Meteostacji. Zmęczeni, ale szczęśliwi. Robota wykonana!

Tu już nowe grupy doszły do stacji. Prawie wszyscy wychodzą na butach, ludzi z nartami nie jest za wiele. Spotykamy trójkę Polaków – 2 dziewczyny i chłopak. Jedna z nich nie miała w planie wchodzić na szczyt, chciała tylko dojść do Meteostacji. Nawet nie ma raków. Po krótkiej rozmowie pożyczam jej swoje, które ma mi odesłać po powrocie do Polski. Wiem, wiem, nie powinienem obcym dawać swojego sprzętu. Jednak już wtedy wiedzieliśmy, ze kolejnego dnia wracamy, że ma być załamanie pogody i mimo planów zdobycia jeszcze kilku szczytów w okolicy z bazy, musimy uciekać. Nie ukrywam, że jest mi to na rękę, bo plan minimum, który wykonaliśmy w pełni mnie zadowala, a zmęczenie daje znać o sobie. Dlatego z chęcią oddałem raki, zawsze to 1kg mniej na plecach, przy zjeździe do wioski. Andrzej niestety nie jest pocieszony, widać, że płd-wsch ściana siedzi mu w głowie i coś mi się wydaje, że on nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, kiedyś pewnie tam wróci.

Zjazd do Kazbegi to prawie czysta przyjemność. Tym razem „prawie” oznacza te 30kg na plecach. Trochę inaczej się jeździ z takim ciężarem, ale mimo tego bardzo przyjemnie. Dotarcie do ostatnich śniegów zajęło nam jakieś 1,5 godziny, potem jeszcze 40min z buta i jesteśmy przy znajomej Ładzie Nivie, która już na nas czekała. Koniec wyprawy!

 

 

 

Miło spędziliśmy popołudnie w Kazbegi, piwo u Rudolfa smakowało wybornie. Kolejny dzień to już podróż do Tbilisi, zakupy, pamiątki i prawie cała noc na lotnisku w oczekiwaniu na powrót do domu.

Na koniec chciałbym podziękować Jackowi i Andrzejowi za super przygodę i za to, że stworzyliśmy wspólnie chyba całkiem zgrany zespół. Dziękuje Agnieszce, za to, że to wszystko wytrzymała i wspierała nas codziennymi prognozami pogody i że relacjonowała na bieżąco rodzinie i znajomym to, co się u nas dzieje. Wielkie podziękowania dla całego kobiecego team’u, który nas wspierał, czyli Aga Krysia i Aga.

Wyprawa została prawie całkowicie sfinansowana z własnych środków uczestników. Tutaj po raz ostatni używam słowa „prawie”. Mieliśmy tylko jednego, jedynego sponsora, któremu należą się słowa uznania za profesjonalne przygotowanie sprzętu. Nasze narty, foki, raki, buty funkcjonowały tak sprawnie za sprawą naszego serwismena Witolda Gątarskiego. Dzięki Witek!

Jak widać na zdjęciach, szczyt został zdobyty na nartach jedynej słusznej firmy. Cała trójka porusza się na K2, które w takich warunkach spisują się rewelacyjnie. Zresztą ogólnie wiadomo, że jeśli back country, skitour, freeride, to mało kto może z nimi konkurować.

 

W wyprawie udział wzięli:

Jacek Nowak

Andrzej Kościelniak

Wojtek Orlicki | Tekst i zdjęcia