Udostępnij

„Przystanek Alaska”, czy pamiętacie jeszcze ten serial? W latach ’90 rozgrzewał on kineskopy w każdym polskim domu. Jego oryginalny tytuł brzmiał „Northern Exposure” i też nam się podoba. Według Wikipedii powstało 110 odcinków (6 sezonów) i jesteśmy pewni, że gdyby autorzy wiedzieli jak popularny stał się ich serial w naszym dziwnym kraju to z całą pewnością dokręciliby przynajmniej kolejne 110!? Jak pamiętacie głównym bohaterem serialu jest dr Joel Fleischman, który przybywa na Alaskę, aby odpracować studia medyczne. Jego nowoczesne nowojorskie spojrzenie na świat zderza się z naturalnym, swobodnym sposobem życia mieszkańców Cicely. My mamy dla was podobną historię. Tłem naszego serialu jest również Alaska. Miasteczko nie jest fikcyjne, a w dodatku jest jedną z najbardziej osławionych, freeride’owych miejscówek na tej planecie. Mowa oczywiście o małej rybackiej wiosce, Heines. Nasz główny bohater nie jest doktorem, ale całkiem dobrze zasuwa na nartach. Aczkolwiek jego „nowopolskie” spojrzenie, podobnie jak w przypadku dr Fleischman’a  zderza się aktualnie z naturalnym, swobodnym sposobem życia mieszkańców. Poznajcie Igora Buckiego oraz jego właśnie spełniające się, największe życiowe marzenie.

Jeśli macie ochotę śledzić narciarskie przygody Igora na bieżąco, to koniecznie musicie zajrzeć na jego Instagram.com/igor_bucki

Sprawdź pozostałe części!

 

Kalosze, Pick up’y i woda z kranu!

Wysiadam, gość w kaloszach. Przechodzę kilka kroków, kolejny. Za kilka minut podjeżdża samochód wysiada uśmiechnięty Mark, ”hello/hello” – na nogach ma to samo, co kilka poprzednich osób, które widziałem. Po kilku dniach kalosze już mnie nie dziwią. Rzadko widzę inne niż brązowe z waniliową podeszwą. Wychodzi na to, że buty górskie mam tylko ja w całym Haines.

Zbliżone gabarytowo samochody do europejskich odpowiedników można tutaj zobaczyć tak samo często jak nosorożce. Pick up goni pick up’a, a raczej „truck’a” bo tak je tutaj nazywają. Nie mogę się napatrzeć, jedna większa od drugiej. Nie bardzo łapię wymiary w stopach, liczę swoje metry na kroki, średnio wychodzi mi 7 przy mniejszych egzemplarzach. Z 10 sztuk, 8 ma rampę na skutery na pace, ale o tym w kolejnych odcinkach alaskańskiej telenoweli, bo temat na tą chwilę jest moim ulubionym i warto mu poświęcić kilka akapitów.

Jadąc A4 do Wrocławia często widać przedsiębiorcze myszołowy, które czekają na gotowy posiłek, za którym nie trzeba będzie się nalatać. Zostawiliśmy Haines jakieś 5 mil za nami, jedziemy w stronę granicy kanadyjskiej i widzę w sumie bardzo podobny obrazek tyle, że trochę większy. W sumie tu wszystko jest większe. Niestety dziewczyny też są większe, ale wracając do orłów. Na co drugim/trzecim drzewie, biała głowa, żółte wielkie szpony. Wychodzi mi spontanicznie jak kilkuletni chłopiec ”o mamo patrz!” palec wędruje do szyby, z aparatem się nie wyrabiam. Wow!

„Pick up goni pick up’a, a raczej „truck’a” bo tak je tutaj nazywają. Nie mogę się napatrzeć, jedna większa od drugiej”

 

Auta nikt nie zamyka na klucz, przed sklepem spożywczym mało, kto je gasi, w sumie nic dziwnego, orzeźwiające -24 Celsjusza robią swoje. Z domami jest podobna historia. Chciałbym żeby w Polsce też tak było, może niekoniecznie pod względem architektonicznym, ale bezpieczeństwa i zaufania do bliźniego jak najbardziej. Jeśli mógłbym otworzyć tutaj swój biznes, była by to Castorama bez chwili zawahania. Materiał budowlany jest na Alasce średnio 3 razy droższy niż gdziekolwiek indziej w Stanach. Co masz w domu pod ręką, bierzesz, klepiesz i kombinujesz.

To też widać w tych ludziach, każdy sobie radzi. Zepsuje Ci się skuter, samochód, samolot? Szopa, znajomi i karton piwa. Jesteś tyle wart ile potrafisz. Wychodzi na to, że całe pokolenie ludzi renesansu wylądowało na końcu świata, gdzie każdy sobie sam ustala jak żyje.

Stoi Drake przy swoim trucku, pytam, o co dokładnie chodzi z rejestracja „Alaska The Last Frontier” – uśmiecha się i opowiada o swojej ucieczce z wielkiego miasta, od ludzi, od zgiełku, od narzuconych odgórnie zasad przez społeczeństwo, władze, rzeczywistość. O wolności, jaką daje Alaska. Tak, wolność to jest zdecydowanie najlepsze słowo.

 

„Jesteś tyle wart ile potrafisz. Wychodzi na to, że całe pokolenie ludzi renesansu wylądowało na końcu świata, gdzie każdy sobie sam ustala jak żyje.”

 

Dwunastolatek potrafi tutaj latać samolotem. Niedźwiedzie są największe w całych stanach i pakują się do domów, strzelasz bez zastanowienia. Nie ma TPN’u, Natury2000, śmigło lata tam gdzie pokażesz palcem o ile śniegowo jest ok. Na skuterze możesz wjechać, gdzie ci się podoba i nikt w zielonym polarze nie powie ci, ze nie wyraża na to zgody. Góry są dla ludzi i ci ludzie je tutaj szanują. Piękne w tym wszystkim jest to, że dotknięte jest nowoczesnością tylko w małym stopniu. Technologia jest obecna, ale nie jest sednem sprawy. Gdyby mój rozsądek zaczął bawić się w chowanego z rozumem, wtedy z czystym sumieniem mógłbym powiedzieć, że nie chciałbym tutaj żyć.

Przed przyjazdem na 33 mile, Mark zabiera mnie na zakupy, które mają mi wystarczyć na kolejne 2 tygodnie życia. Każe mi kupić butelkę jakiegoś napoju, bardziej niż sam napój liczy się butelka. Chodzę po sklepie, wszystko w kartonach, cukierkowe, hamerykańskie, cook’isy wymiatają. Szukam wody, zgrzewki najlepiej. Nie ma. Pytam Mark jak z tą wodą jest? ”Tap water my friend” odpowiada. Wszystko jasne, dziękuję. Prysznic staje się wodopojem, a nie tylko sauną – elegancko.

Zjadłem, smakował mi strasznie burger. Szkoda, że powiedzieli mi po fakcie, że był z łosia, bo pewnie aż tak bardzo bym się nie wyrywał do próbowania alaskańskich smaków. Łosi jest sporo, co dwa lata mają pozwolenie od odstrzał. Kurcze dobre te łosie.

Bez dwóch zdań Matka Natura rozpieszcza swoim alaskańskim pakietem na każdym kroku. Siedzimy wieczorem po całym dniu zajęć lawinowo/lodowcowo/szczelinowych, przekopaliśmy tony śniegu. Dzwoni telefon. Justin mówi, chłopak wyjdź na zewnątrz i ukłoń się przyrodzie. Wychodzę, biorę aparat w lewą rękę. Prawą przytrzymuję sobie opadającą szczękę. Jak najlepiej bym się nie oszukiwał bez dwóch zdań jeden z najlepszych obrazków zafundowanych przez planetę. Niebo wiruje. Całość jest bardzo dynamiczna, trwa jakąś godzinę. Dziwne, bo nie wieje. Aż sobie usiadłem. Czapki z głów matko ziemio.

Wracając do kunsztu architektonicznego, byłem w kilku domach. Żaden mnie nie powalił, a zakopiańskie drewniane chałupy nabierają rangi penthausów. Regipsy w Polsce się szpachluje, gruntuje i maluje bądź tapetuje/kafelkuje, jak kto woli. Tutaj się je tylko przykręca, reszta to szczegóły, na które mało, kto zwraca uwagę. Za to zdecydowanie uwagę zwraca to, co jest za domem, a o tym jak się tam dostać w kolejnym przystanku alaska. I będzie w końcu o nartach, a nie pierdołach. Piątka!

Zdjęcia: Igor Bucki oraz Vincent Siskey