Udostępnij

„Przystanek Alaska”, czy pamiętacie jeszcze ten serial? W latach ’90 rozgrzewał on kineskopy w każdym polskim domu. Jego oryginalny tytuł brzmiał „Northern Exposure” i też nam się podoba. Według Wikipedii powstało 110 odcinków (6 sezonów) i jesteśmy pewni, że gdyby autorzy wiedzieli jak popularny stał się ich serial w naszym dziwnym kraju to z całą pewnością dokręciliby przynajmniej kolejne 110!? Jak pamiętacie głównym bohaterem serialu jest dr Joel Fleischman, który przybywa na Alaskę, aby odpracować studia medyczne. Jego nowoczesne nowojorskie spojrzenie na świat zderza się z naturalnym, swobodnym sposobem życia mieszkańców Cicely. My mamy dla was podobną historię. Tłem naszego serialu jest również Alaska. Miasteczko nie jest fikcyjne, a w dodatku jest jedną z najbardziej osławionych, freeride’owych miejscówek na tej planecie. Mowa oczywiście o małej rybackiej wiosce, Heines. Nasz główny bohater nie jest doktorem, ale całkiem dobrze zasuwa na nartach. Aczkolwiek jego „nowopolskie” spojrzenie, podobnie jak w przypadku dr Fleischman’a  zderza się aktualnie z naturalnym, swobodnym sposobem życia mieszkańców. Poznajcie Igora Buckiego oraz jego właśnie spełniające się, największe życiowe marzenie.

Jeśli macie ochotę śledzić narciarskie przygody Igora na bieżąco, to koniecznie musicie zajrzeć na jego Instagram.com/igor_bucki

Sprawdź pozostałe części!

 

Plane Skiing, Plane Skiing

Na imię ma Drake, nie wiem ile ma lat, cholera jasna nie zapytałem. Ale strzelam, że pewnie, jako dziesięciolatek pierwszy raz zasiadł za sterami, a było to na pewno z 45 lat temu. Jego ciemno niebieska księżniczka jest trochę od niego starsza. Samolot z naklejką Jones’a pod śmigłem ma 58 lat, był w kilku narciarsko/snowboardowych produkcjach i na tą chwilę na moje oko wygląda jak nowy.

 

„..jako dziesięciolatek pierwszy raz zasiadł za sterami, a było to na pewno z 45 lat temu.”

 

Wsiadamy, podkurczam nogi, żeby nie przeszkadzać szoferowi. Podaje mi słuchawki i włącza… rock! Prosił żeby nie dzielić się nagranym materiałem, bo ludzie nadzorujący pilotów w Stanach nie mają jego poczucia humoru. Innymi słowy, żeby Drake mógł latać tak jak lata i żebyście też mogli tego doświadczyć, ograniczę się do stwierdzenia, że sam lot był jednym z najfajniejszych doświadczeń w moim życiu. Miło patrzeć jak ktoś kocha swoją pracę i wkłada w nią całe swoje serce.

 

Samo latanie po tych górach jest wyjątkowe. Kadry filmowe kręcą się same. Zachwyca każdy kolejny szczyt. Białe góry, w dolinach jeziora, dziewczyny w bikini. Jest wszystko i nic. Taka jest Alaska, wszystko i nic, ale wszystko zależy od tego, czego szukasz i czy akurat w momencie, którym tutaj jesteś, będzie ci dane to znaleźć.

 

Ciepłe i długie alaskańskie lato porozciągało szczeliny lodowcowe, lądujemy w miejscu, gdzie jest ich teoretycznie najmniej. Samo lądowanie, przez kolegę z Australii zostało skomentowane, jako ” butterfly with sore feet”, faktycznie nie czuć zupełnie, kiedy samolot zaczyna jechać na płozach. Błękit, biel, zapach paliwa. Wysiadamy, po kolana puchu.

 

 

„trafiam na mocnego zawodnika za mną, co chwilę napięta lina szarpie mnie do tyłu, na szczęście masę ma gość odpowiednią, więc jakby coś się działo bez problemu utrzyma nas dwóch.”

 

Wiążemy się liną w 15 metrowych odstępach (Mark wybiera intensywnie męski róż, jako przewodni kolor swojego szpeju), foki założyliśmy już na lotnisku. Wpinamy narty, sonda w rękę i przed siebie. Idę po środku, trafiam na mocnego zawodnika za mną, co chwilę napięta lina szarpie mnie do tyłu, na szczęście masę ma gość odpowiednią, więc jakby coś się działo bez problemu utrzyma nas dwóch.

 

 

Drake nam jeszcze nie odpuszcza, pierwszy ”low pass” nad samą głową (szkoda, że nie ma Konwenta, bo pewnie by się mocno uśmiechał). Drugi ”low pass” odbija się od śniegu i lewa płoza dotyka lodowca, prawa w powietrzu. Leci zakręt, pierwszy, drugi, trzeci – ma gościu zajawkę narciarza bez dwóch zdań ! Po jakiejś pół godzinie turowania, kopiemy ”pit”, na pierwszym metrze jest badziewiasta warstwa po deszczach sprzed miesiąca. Skrystalizowana nazywana tutaj ”surface hoar”. Oglądamy pod mikroskopem pojedyncze sztuki, wyraźnie widać, co się święci. Niesamowita jest ta Matka Natura. Pare uderzeń łopatą i przy dwudziestym trzecim równo się odcina. Później kilka technik ratowania ze szczelin i ”ready to go”.

 

Nie jest źle, ale bezpiecznie w 100% też nie jest, w sumie w górach nigdy nie jest. Wybieramy jak to mówią Amerykance ”mellow run” i w górę. Dwadzieścia minut lotu, 1,5h turowania i jesteśmy na równi z całym horyzontem. Bajka! Widoki zapierają dech w piersiach!

 

Krótka przerwa i pierwsza alaskańska linia odhaczona.

 

Reasumując, jaka jest różnica pomiędzy heli, a plane skiingiem? Przy tym drugim trzeba się trochę więcej nachodzić. Jednak pewnie wszyscy się zgodzicie, że taktyka pt. ”earn your turns!” jest niesamowice satysfakcjonująca . Na szczęście leci Drake, teraz zacznie się zabawa!